MOTTO

I am a leaf on the wind - watch how I soar.
Hoban 'Wash' Washburn

26 lipca 2010

I po weselu...

Nie odzywałam się długo, bo byłam zajęta szykowaniem prezentów dla rodzinnej panny młodej i próbowałam zrobić dla siostrzeńca pana Dziobaka. Prezenty kończyłam jeszcze w hotelu w przedweselny wieczór (i oczywiście zapomniałam obfotografować), a Dziobak niestety nadal sprawia mi trochę problemów. Jakoś nie umiem złapać proporcji dobrych. Jakby któraś dobra dusza trafiła gdzieś na opis szydełkowy tego przystojniaka, to ja chętnie przygarnę.


Ogólnie wesele zaliczam do udanych, zwłaszcza, że w końcu z częścią rodziny zdołaliśmy się spotkać. Nawet zabawy weselne nie były tak straszne, jak nam się wydawało (a może to kwestia tego, że wyszliśmy z założenia, iż nie możemy przynieść wstydu naszej pannie młodej i tkwić gdzieś pod ścianą).
Muszę jednak się pożalić: mój wredny żołądek postanowił mi zaszkodzić i, jak się przekonałam w niedzielę, przykleił się do niego kawałek cebuli :( W rezultacie wracałam do domu niemal w charakterze trupa, bo dopiero w ostatnim pociągu zdołałam się pozbyć świństwa. Pozostaje się cieszyć, że nie ścięło mnie z nóg już na weselu (choć kilka razy gwałtownie słabłam, ale przechodziło samo).
Dziś powoli odzyskuję siły, a gdy poczuję się lepiej, odpowiem na Wasze komentarze i dam kilka fotek.

1 komentarz:

  1. Dojdź do siebie, albo jak pisały mi dziewczyny; "wracaj do formy babo"!!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :*

ShareThis

Related Posts with Thumbnails